Zabieg termolezji pulsacyjnej odbywał się w warunkach sali zabiegowej, z pełnym monitorowaniem bezpieczeństwa. Po wejściu zostałam położona na specjalnym łóżku i podłączona do aparatury – na ramię założono mi dużą elektrodę uziemiającą w formie plastra z przewodem. Już na tym etapie odczuwałam lekki niepokój, ale starałam się skupić na tym, że jestem w dobrych rękach.
Lekarz zdezynfekował miejsce planowanego wkłucia i podał znieczulenie miejscowe lidokainą. Samo znieczulenie nie było szczególnie bolesne, ale późniejsze wkłucie grubszą igłą – w okolicy kąta żuchwy – okazało się dla mnie najtrudniejszym momentem zabiegu. Igła była długa, ponieważ musiała dotrzeć do nerwu w głębszych strukturach. W chwili, gdy przesuwała się w tkankach, pojawiło się uczucie rozpierania i lekki ból, co wywołało u mnie napięcie i krótką falę lęku.
Po odpowiednim ułożeniu igły lekarz sprawdził jej pozycję, podając bodźce stymulacyjne – najpierw czuciowe, potem ruchowe. Odczuwałam wtedy charakterystyczne „pykanie” i drgania w twarzy. Było to niecodzienne, trochę nieprzyjemne, ale dawało mi też poczucie, że procedura przebiega prawidłowo, a elektroda znalazła się blisko gałęzi nerwu trójdzielnego.
Kiedy pozycja igły była już pewna, wprowadzono cienki przewód z elektrodą i rozpoczęto właściwą procedurę pulsacyjnej termolezji. Polegała ona na podawaniu krótkich impulsów prądu o częstotliwości radiowej, które nagrzewały tkanki do temperatury około 42–45°C – na tyle niskiej, by nie uszkodzić nerwu, a jednocześnie wystarczającej, by zahamować przekazywanie nieprawidłowych bodźców bólowych. Modulacja trwała kilka minut – trzy minuty stymulacji, krótka przerwa i kolejne trzy minuty. W tym czasie nie odczuwałam bólu, raczej delikatne pulsowanie, jakby drobne „kopnięcia” prądem. To była dla mnie bardziej dziwna niż bolesna sensacja.
Po zakończeniu zabiegu igłę ostrożnie usunięto, miejsce wkłucia zdezynfekowano i zabezpieczono jałowym opatrunkiem. Całość trwała około 30 minut, z czego najwięcej czasu zajęły przygotowania i precyzyjne wprowadzanie igły. Gdy znieczulenie zaczęło ustępować, pojawił się ból w miejscu wkłucia – szczególnie po lewej stronie twarzy, w okolicy kąta żuchwy. Lekarz uspokoił mnie, że to naturalna reakcja tkanek na ingerencję i obecność stosunkowo grubej igły. Uprzedził też, że przez kilka dni mogę odczuwać miejscową bolesność, lekkie drętwienie czy tkliwość, które powinny stopniowo ustępować.
Zabieg przebiegł bez powikłań. Dzięki temu, że termolezja pulsacyjna nie niszczy nerwu, mam szansę na złagodzenie bólu bez ryzyka trwałego uszkodzenia funkcji czuciowych. Efekt przeciwbólowy może utrzymywać się przez kilka miesięcy, a jeśli zajdzie potrzeba – procedurę można powtórzyć.
Choć całość wymagała ode mnie odwagi i wytrzymałości, czuję wdzięczność, że miałam możliwość skorzystania z tej metody. Mam nadzieję, że przyniesie mi upragnioną ulgę i pozwoli odzyskać choć część normalności w codziennym życiu. Jednocześnie staram się pamiętać, że rezultaty mogą być różne i że nie zawsze organizm reaguje tak, jak byśmy tego chcieli. Mimo tej niepewności wychodzę z poczuciem, że zrobiłam ważny krok w stronę poprawy swojego zdrowia, a to daje mi siłę i motywację, by z nadzieją patrzeć w kolejne dni.
Dziękuję Asi za podzielenie się swoją relacją z przebiegu zabiegu, dzięki czemu mogłam ją opracować i zamieścić na stronie.
A jak to wyglądało u Was Czy ktoś z Was miał wykonywaną termolezję pulsacyjną Jakie są Wasze wspomnienia z zabiegu i czy przyniósł on oczekiwane efekty przeciwbólowe
Najczęstsze pytania (FAQ)
Czym jest neuralgia nerwu trójdzielnego?
Neuralgia nerwu trójdzielnego to przewlekły zespół bólowy twarzy. Objawia się napadami nagłego, bardzo silnego, zwykle jednostronnego bólu — często opisywanego jak porażenie prądem; pojedynczy napad trwa od kilku sekund do około dwóch minut.
Czy zwykłe leki przeciwbólowe pomagają w bólu neuropatycznym?
Zazwyczaj nie. Ból neuropatyczny słabo reaguje na paracetamol czy leki przeciwzapalne; stosuje się leki działające na nerwy, na przykład przeciwpadaczkowe, jak karbamazepina.